Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lit. zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lit. zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2015

"Jedwabnik" R. Galbraith

    Kolejny tom historii o Cormoranie Strike'u pochłonęłam w ciągu kilku dni. Z Maciejem Stuhrem, Cormoranem i Robin spędziłam kilka przyjemnych godzin w aucie czekając w korkach oraz w mieszkaniu na urządzając wiosenne porządki. Dzięki temu nawet mycie okien, za którym normalnie nie przepadam, stało się przyjemne.
    Tym razem zagadka, którą rozwiązuje detektyw jest równie spektakularna a zarazem znacznie bardziej krwawa niż poprzednia. Tym razem Strike szuka zaginionego pisarza. Przed zaginięciem ukończył on pisanie kolejnej powieści,w której oczernił wiele osób ze swojego otoczenia. Czy któraś z obrażonych osób nie zniosła słów krytyki? A może zdradzana żona doszła do kresu cierpliwości. Komu kontrowersyjny literat najbardziej zaszedł za skórę?
   Strike i Robin wnikliwie badają sprawę, zgłębiając tajniki literackiego środowiska. Przy okazji rozwijają się ich postaci, coraz lepiej poznajemy ich oboje i zaczynamy się do nich przyzwyczajać.
    Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejną część ich historii. Mam nadzieję, uda mi się rozwiązać, zanim zrobią to oni. Niestety na trzecią część będę musiała jeszcze trochę poczekać...

sobota, 14 marca 2015

"Wołanie kukułki" R. Galbraith

Pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby jej autorką nie była J.K. Rowling. "Trudny wybór", jej poprzednia książka dla dorosłych, umocnił moje przywiązanie do jej twórczości. I nie wiem, co musiałoby się stać, żebym to zmieniła.
Sam fakt, że spodobała mi się tak bardzo, ze postanowiłam opisać to tutaj po długiej przerwie powinien o czymś świadczyć.
Autorka stworzyła intrygującą i budzącą sympatię postać Cormorana Strike'a, mężczyznę po przejściach, który po kolejnym niepowodzeniu od nowa staje na nogi... a dokładniej na nogę, ponieważ pobyt na wojnie "kosztował go utratę prawej nogi" jakby sam powiedział. Cormoran jest prywatnym detektywem. A w chwili, kiedy go poznajemy jego firma niespecjalnie prosperuje... Ciąg wydarzeń, który następuje po krótkim wprowadzeniu czytelnika w sytuację jest bardzo misternie skonstruowany. Chociaż starałam się z całych sił, nie udało mi się wykryć sprawcy zbrodni przed detektywem.Podziwiałam za to kunszt autorki, której twórczość dorasta razem ze mną. Dawno temu wprowadziła mnie do świata magii i czarodziejstwa, dziś dzięki niej coraz bardziej zaczynam doceniać powieści kryminalne.
"Wołanie kukułki" w wykonaniu Macieja Sthrua pochłonęłam w kilka pochmurnych wieczorów i poranków, kiedy uprzyjemniał mi drogę do pracy. Nieraz stojąc w korku wybuchałam śmiechem a po dotarciu na miejsce siedziałam w samochodzie, żeby dokończyć rozdział. Aktor zrezygnował z prostego odczytania prozy na rzecz kreatywnego rozwiązania - różnicuje głos dopasowując go do charakteru mówiącej postaci. Brzmi to raz zabawnie, raz bardziej mrocznie - słuchało mi się go z ogromną przyjemnością. Oczywiście zaczęłam już słuchanie drugiej części przygód zagadkowego detektywa i jego inteligentnej, choć nieco ciekawskiej asystentki Robin.

Polecam!

niedziela, 21 września 2014

"Z zimna krwią" T. Capote

Powieść Capote leży blisko granicy literatury i reportażu - pewnie ta bliskość reportażu sprawiła, ze do mnie trafiła, mimo, że nie jestem specjalną fanką powieści kryminalnej i wszelkich zbrodni w literaturze. Sposób, w jaki autor konstruuje bieg wydarzeń, jak zazębiają się przedstawiane czytelnikowi informacje, jak stopniowo zwiększa napięcie zrobił na mnie ogromna wrażenie. Przy tym wszystkim nie ocenia, podaje suche fakty, a osąd pozostawią czytelnikowi. Z pozoru rozsypane elementy zaczynają pasować do siebie, jak kostki układanki. Mimo to, że z góry znamy odpowiedź, dojście do niej jest niesamowicie fascynujące. Ameryka w latach 60-tych XX-tego wieku stanowi tło budzących niepokój wydarzeń. Czy cisza i spokój zakłócone w pewna listopadową noc wrócą kiedykolwiek do Holcomb?
To pierwsza książka którą przeczytałam dzięki "Rekomendacjom" lubimyczytac.pl- chyba muszę zacząć częściej korzystać z tej opcji...

wtorek, 25 marca 2014

Bridget wieczorową porą

„Pomyślałam, że to trochę śmieszne, nosić nazwisko Darcy i stać samotnie na przyjęciu, z dumną i nieprzystępną miną. To tak jakby nazywać się Heathcliff i spędzić cały wieczór w ogrodzie, krzycząc: 'Cathy' i waląc głową w drzewo.”
- Helen Fielding (z książki Dziennik Bridget Jones)

Właśnie takiego humoru potrzeba mi na te pochmurne dni. Bridget już nie jeden raz udowodniła, że potrafi rozbawić mnie w każdej sytuacji. Tym razem na pewno nie będzie inaczej, zdążyłam przeczytać całe 22 strony - mam nadzieję, że nie chwalę  jej na zapas. Przykro mi z powodu pana Darcy'ego, ponieważ w każdym wydaniu, czy u Austen, czy u Fielding, jest dla mnie chodzącym ideałem. Ale Bridget z facetem, nie byłaby sobą.

niedziela, 15 grudnia 2013

Grudniowe odkrycia

Za nami jeden z najkrótszych dni w roku, a co za tym idzie, również jeden z najdłuuuższych wieczorów. Idealny czas na czytanie - to mój najlepszy sposób na spędzanie samotnych godzin. Włączam nastrojową muzykę, zimowo-świąteczno-przytulną - ostatnio przy użyciu 8tracks.com, które pozwala na odsłuchiwanie niekończących się playlist stworzonych przez ludzi z całego świata. Przynoszę z kuchni coś ciepłego (mam w tym celu dość bogatą kolekcję herbat i soków) i wykopuję kolejne książki z czeluści internetu - dzięki kindelkowi niemal wszystko jest na wyciągnięcie ręki i zawsze dostępne.

A to udało mi się odkopać w czeluściach sieci:

Inspirowana mitologiami i religiami całego świata opowieść o poszukiwaniu sensu bycia z rozgrywającym się w tle starciu bogów. Niesamowita podróż w głąb Stanów Zjednoczonych, pokazująca  bolączki współczesnej (pop)kultury. Wielopoziomowa konstrukcja tej książki wymaga od czytelnika sporego zaangażowania, oferując za to dużą satysfakcję z rozszyfrowywania kolejnych zabiegów autora, który naprawdę potrafi grać na emocjach. Fascynowała mnie przez wiele dni i już się cieszę na kolejne spotkania z jej autorem.

 "Ostatni wyścig" Jeana Hatzfelda przeczytałam za namową trójkowego specjalisty od literatury Michała Nogasia - uwielbiam jego wejścia na antenę w piątkowe poranki i staram się podążać śladem jego poleceń. Tym razem, przekornie, zaczęłam znajomość z autorem od nietypowej dla niego książki - nie jest to reportaż. Choć nosi wiele znamion tego gatunku, poza jednym - nie opisuje autentycznych wydarzeń. Zmyślona przez pisarza historia olimpijskiego mistrza Ayanleha Makedy jest bardzo wiarygodna - głównie przez fakt, że nie jest tak całkiem nierealna, mogłaby się zdarzyć w rzeczywistości, nic nie stałoby na przeszkodzie.
Na koniec mój dzisiejszy wybór, książka, z którą spędziłam całe niedzielne popołudnie. Bo choć miałam też inne plany to nie udało mi się od niej oderwać i 300 stron przeczytałam za jednym podejściem. I jest to pierwsza książka, którą przeczytałam w całości po angielsku - muszę to sobie tu odnotować. Tytuł wpadł mi w oko przy przeglądaniu bestsellerów NY Timesa. Nie jest to lektura wymagająca, powiedziałabym raczej - pochłaniająca. Historia jakich wiele, typowe "high school love story", ale tego właśnie było mi trzeba, na ten wieczór, który w sumie jest dłuższy niż dzień.

sobota, 19 stycznia 2013

Odrobina klasyki

 Czasami lubię nadrobić zaległości i przeczytać coś, co "każdy znać powinien". Tym razem padło na "Biesy" Dostojewskiego. Zarezerwowałam bilety na inscenizację w Teatrze Stu, ale wcześniej musiałam oczywiście poznać oryginał.
Akcja powieści rozwija się powoli, poznajemy całą gamę postaci i ich historie, a w tle odrobinę historii Rosji i genezę rewolucji. Przedstawienie ma natomiast o wiele szybsze tempo, jest zaskakujące, nieprzewidywalne. Na scenie panuje niesamowita atmosfera, która udziela się widzom. Spektakl pozwolił mi lepiej zrozumieć historię i zinterpretować skomplikowaną treść powieści. I odwrotnie - bez znajomości powieści wyniosłabym z teatru wiele mniej.

Przy okazji klasyki chciałabym polecić książkę Steinbecka "Myszy i ludzie" - już dawno żadna książka tak bardzo mnie nie poruszyła i nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Była to ostatnia książka, którą przeczytałam w 2012 roku i jednocześnie najlepsza. Na pozór niepozorna historia dwóch robotników okazała się głęboką i bardzo trafną przypowieścią o przyjaźni i odwadze.
Jak tylko nadarzy się okazja postaram się obejrzeć również ekranizację tej powieści, żeby jeszcze trochę nacieszyć się tą historią. Szkoda też że tak mało Steinbeka przede mną. Z książki na książkę podoba mi się coraz bardziej.

Nowy rok zaczęłam "Biesami", a kontynuuję go z lżejszymi lekturami, na które ostatnio mam ogromną ochotę - zabawne komedie w kinie obok lekkich romantycznych historii w literaturze. Próbuję sobie tak troszkę ubarwić szarość codzienności, która zimą jeszcze bardziej mnie przytłacza.

niedziela, 8 stycznia 2012

"Jane Eyre" Charlotte Bronte

   Co było najpierw: książka czy film? Dla mnie odpowiedź na to pytanie jest jedna: książka. Kiedy usłyszałam o ekranizacji tej powieści, jako fanka filmów kostiumowych i powieści Jane Austen, nie mogłam odmówić sobie przyjemności przeczytania jej. Trochę mi to zajęło, ponieważ w międzyczasie mnóstwo się działo, ale dzięki temu powolnemu czytaniu "Jane Eyre" uprzyjemniła mi wiele wieczorów. Razem z nią spacerowałam po pięknych ogrodach Thornfield Hall, włóczyłam się po opustoszałych wrzosowiskach i przeżywałam jej wzloty i upadki. Lubię zwiedzać te stare angielskie zamki, dwory i domostwa, słuchać jak w kominkach wesoło pali się ogień i bujać się na bujanych fotelach. Trudno powiedzieć co właściwie podoba mi się w takich powieściach, urzeka mnie ich klimat, i to, że zawsze kończą się dobrze.
  Chyba wrócę też do "Wichrowych wzgórz" Emily Bronte i wreszcie przeczytam je ze zrozumieniem, co nigdy mi się dotąd nie udało.
  Bardzo ciekawa jestem też najnowszej ekranizacji "Jane Eyre" i na pewno podzielę się tu wrażeniami po obejrzeniu jej.

Noworocznie


Bardzo dawno mnie tu nie było. Chyba za dużo nałożyłam na siebie obowiązków, ponieważ poza nimi mało czasu udaje mi się wykraść na książki. A jeśli już go znajduję to raczej na czytanie niż na pisanie tutaj.Chętniej sięgam też po tzw. lżejsze tytuły, przy których odpoczywam. A szkoda...
"Traktat o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego zajął mi sporo czasu i kosztował wiele wysiłku.Ale było warto. Myśliwski po raz kolejny mnie nie zwiódł. Przysporzył przy tym wielu tematów do rozmyślań.Narrator opowiadając o swoim bogatym w wydarzenia życiu porusza wiele kwestii leżących u podstaw naszego istnienia. Snując swoją opowieść, pokazuje jak bystre jest jego oko i jak wiele można zaobserwować po prostu przystając na chwilę i rozglądając się dookoła.
"Póki rekin śpi" to kolejna powieść o różnorodności ludzkich charakterów. Czytało się ją szybko i lekko, ale szczerze mówiąc niewiele mi z niej pozostało. Swoją drogą, próbowaliście pisać kiedyś o wrażeniach z książki, którą przeczytaliście przed kilkoma tygodniami? Dla mnie taka próba czasu okazała się najlepszym sprawdzianem. Wrażanie jakie wywarł na mnie "Traktat..." okazało się być o wiele bardziej trwałe. "Póki rekin..." oceniałam na świeżo dosyć pozytywnie, jednak teraz nie jestem nawet w stanie powiedzieć, dlaczego. Ciekawe jak wyglądałyby opinie o książkach przeczytanych dawno temu, czym różniły by się od tych napisanych na bieżąco?
Oby w Nowym Roku zdarzyło mi się więcej książek, które pamiętać będę długo, i które pozytywnie na mnie wpłyną. Życzę tego nie tylko sobie, ale również Wam.

sobota, 1 października 2011

Zapracowany wrzesień

   Ostatnio niewiele udzielam się blogowo, co wcale nie znaczy, że przestałam czytać - niedoczekanie! Tylko czasu mniej. Muszę też zwracać uwagę, żeby książki nie były za duże i mieściły się w torebce. Te kryteria spełniły we wrześniu:
   "Tatami kontra krzesła" - niesamowicie ciekawa opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Funkcjonuje wiele stereotypów dotyczących tego kraju, Rafał Tomański rozprawia się z nimi i pokazuje Japonię taką, jaką udało mu się poznać podczas studiów i podróży. Okazuje się, że Japonia to nie tylko gejsze, samurajowie i sushi. To kraj o bardzo złożonej historii i przebogatej kulturze, które ukształtowały na dość specyficzny sposób. Czemu japońskie komórki ciągle mają antenki? Ile razy ukłonić się wręczając wizytówkę? - Obserwacje, które poczynił autor są bardzo ciekawe, dzięki książce można wzbogacić swoją wiedzę o świecie i nabrać ochoty na podróż do kraju kwitnącej wiśni. Polecam!

   Uwielbiam programy Martyny Wojciechowskiej z cyklu "Kobieta na końcu świata". Zwraca w nich uwagę, na bardzo ciekawe zjawiska i pokazuje  światy, o których istnieniu często nie mam pojęcia. Dlatego chciałam sięgnąć po jej książkę i przekonać się jaką Martyna jest pisarką. "Zapiski (pod)różne" jak sama nazwa wskazuje to zbiór luźno związanych ze sobą notatek, historii, impresji, które powstały podczas niezliczonych wypraw Martyny Wojciechowskiej. Czasami ton jest trochę moralizatorski, co jednak nie zraża do poznawania kolejnych jej przygód. Martyna na jednej bawi do łez, na innej skłania do bardzo głębokich refleksji - jedno jest pewne - nie pozostawia obojętnym. Na pewno sięgnę po inne jej książki, tym bardziej, że są tak pięknie ilustrowane. :)

  A na koniec, dla rozluźnienia przeczytałam jeszcze "Coś pożyczonego". Chciałam zbadać, na czym polega fenomen pisarki i wciągnęłam się w czytanie na cały ubiegły weekend. Nie jest to może wymagająca lektura, ale za to odprężająca i miejscami dość zabawna, chociaż bez rewelacji. Niemałą rolę gra tu Nowy Jork, w którym rozgrywają się miłosne perypetie bohaterów książki. Sama nazwa tego miasta dzieła na moją wyobraźnię. Oczywiście ciekawi mnie, co dalej z bohaterami, więc pewnie spędzę jeszcze kiedyś weekend w objęciach kolejnych książek z tej serii.

   Dziś wracam do Japonii - tym razem z "Norwegian Wood" i bardzo się na tę podróż cieszę.

środa, 14 września 2011

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" M.V. Llosa

   Dużo nowości u mnie we wrześniu. Nowa praca, stety-niestety blisko domu, przez co mam mało czasu na czytanie w autobusach. Staram się nadrabiać to wieczorami, ale różnie z tym bywa. Póki się w tym nowym otoczeniu nie zorganizuję posty będą pewnie pojawiać się tu bardzo nieregularnie.
   Ostatnie dni wakacji spędziłam z niegrzeczną dziewczynką i grzecznym chłopczykiem, poznając historię ich niesamowitej miłości. Jest to naprawdę wciągająca historia, którą chłonęłam bardzo szybko, mimo, że niektóre zdarzenia są mało prawdopodobne.
   Ciekawe, że tak różni od siebie ludzie mogą mieć tak wiele wspólnego, że może łączyć ich taka namiętność i pasja, które są w stanie przetrwać największe próby. Przykład Ricardo który jest tą "dobrą" stroną tego związku pokazuje, że o miłości nie decydujemy sami. Zraniony tysiąckroć wybacza za tysiąc pierwszym razem ryzykując samego siebie. Żądna przygód niegrzeczna dziewczynka gdzieś w głębi duszy pragnie stabilizacji jaką on jej daje. Jednak nadmiar spokoju tłamsi ją w wyniku czego jak sprężyna wybija się na wolność, z czasem wraca jednak na swoje miejsce.
"Już nie umiałem jej wierzyć, bo od czasu gdy ją poznałem, zawsze mówiła mi więcej kłamstw niż prawdy. I sądzę, że w odróżnieniu od zwykłych śmiertelników na tym etapie życia wspaniałej Kuriko było jej niezwykle trudno oddzielić świat, w którym żyła, od świata, w którym twierdziła, że jest."
   Książka pełna jest również pięknych metafor. Moim zdaniem najbardziej niegrzeczną dziewczynkę trafnie obrazuje opis falochronu, który nie zawsze jest w stanie okiełznać morze - musi do tego być ustawiony we właściwym miejscu i czasie. Ona jest właśnie taka - trudno na nią wpłynąć.
   Podsumowując uważam "Szelmostwa..." za bardzo dobrą książkę, a Wy?

sobota, 3 września 2011

"Wielki Gatsby" F. Scott Fitzgerald

   Po podróżach po polskiej wsi trafiłam za sprawą "Wilekiego Gatsby'ego" do Nowego Jorku. To miasto moich marzeń, uwielbiam marzyć o piciu kawy z croissantem przed wystawą Tiffany'ego, a teraz będę marzyć jeszcze o dekadenckich przyjęciach w wypełnionych papierosowym dymem (no, może bez przesady) apartamentach. To taki mój "amerykański sen".
   Fitzgerald w swojej najbardziej znanej powieści z jednej pokazuje świat Nowego Jorku lat 20. ubiegłego stulecia w najpiękniejszych słowach, opisując szczegółowo życie ówczesnych elit. Jednocześnie jednak demaskuje prawdę osłoniętą piękną otoczką bogactwa. Ten świat, który z jednej strony kusi, okazuje się być zupełnie zepsuty od środka. W tym świecie najczystsze marzenia zamieniają się w nic nieznaczący pył.
   Dałam się wciągnąć w tą pełną sprzeczności rzeczywistość. Bardzo dynamiczna narracja nadaje powieści szybkie tempo, nie dając czytelnikowi odpocząć. Nie pozostaje nam nic innego, jak gonić w tym tempie do utraty tchu oraz złudzeń.
   Krótka, ale jak dla mnie świetna książka. Bardzo jestem ciekawa ekranizacji, zarówno tej z 70-tego roku z Robertem Redfordem, jak i tej mającej dopiero powstać z Leonardo DiCaprio, który jest jednym z moich ulubionych aktorów.
   A tu jeszcze najlepszy moim zdaniem cytat. Ach, ten Nowy Jork!
"Jechaliśmy przez wielki most, słońce rzucało między przęsła migotliwe smugi światła na pędzące samochody, a za rzeką rosło miasto w białych bryłach i kostkach cukru, miasto zbudowane z pragnień, za pieniądze, które nie cuchną. Nowy York widziany z mostu Queensboro jest zawsze miastem widzianym po raz pierwszy, z jego pierwszą, szaloną zapowiedzią wszystkich cudów i piękności świata."
Queensboro Bridge; http://www.nydailynews.com/img/2009/03/30/alg_queensboro.jpg

niedziela, 28 sierpnia 2011

"Klub filmowy" David Gilmour

   "Klub filmowy" trafił w moje ręce, zupełnie przypadkiem, w idealnym czasie, tuż po przeczytaniu "Nagiego sadu". Relacje między ojcem a synem przyjmują tu zupełnie inny obrót. Autor powieści opowiada o kilku latach z życia swojego syna, który w wieku kilkunastu lat miał dosyć szkoły. W zamian za zgodę na rzucenie szkoły ojciec poprosił go jedynie o regularne oglądanie wybranych filmów. I tak powstał dwuosobowy klub filmowy. Czas spędzony wspólnie przed telewizorem pozwolił im pogłębić łączącą ich wieź. Filmy pokazały chłopcu świat z innej strony, ułatwiły nazwanie własnych problemów, a przede wszystkim stanowiły inspirację do wielu rozmów, nie tylko o kinie. Książka jest przez to nieco "przegadana", ale nadal warto ją przeczytać, żeby poznać historię Davida i Jesse'go oraz dać się zainspirować filmami, jakie wspólnie obejrzeli.
   Moją uwagę zwrócił pomysł do powtórnego oglądania filmów niekonieczne, żeby przypomnieć sobie same filmy, ile wrócić do siebie, z czasu kiedy oglądało się te filmy po raz pierwszy. Sama często wracam do książek, które czytałam dawno temu właśnie po to. Niestety często okazuje się to niemożliwe. Czas zmienia sposób odbierania wielu rzeczy i nie da się oglądać świata, tak jak oglądało się go kiedyś. Szkoda. Chociaż warto próbować :)

czwartek, 18 sierpnia 2011

"Pani Bovary" Gustav Flaubert

   Ciągle mam wrażenie, że czytając nadrabiam zaległości. Jest mnóstwo książek, które wiem, że powinnam znać. Pytanie tylko, kiedy wreszcie uda mi się je nadrobić? Na szczęście mam do dyspozycji nieograniczoną ilość książek, więc pewnie nigdy moje nadrabianie się nie skończy, co bardzo mnie cieszy.
   Tym razem uznałam, że powinnam poznać "Panią Bovary", dlatego wybrałam ją podczas ostatniej wizyty w bibliotece. Trafiło mi się piękne, stare wydanie, którego okładka pięknie komponowała się z moją pościelą. Bajka. Leżąc w mojej różowiutkiej pościeli przenosiłam się wieczorami do XVII-wiecznej Francji. Do falban, kokard, sukien i kapeluszy Emmy Bovary oraz do jej miłosnych przeżyć. Nie lada gratka! Zachwycił mnie sposób w jaki autor opisuje przedstawiony w powieści świat. Dokładność szczegółów jest niesamowita. Ułatwia to czytelnikowi odnaleźć się w nowym otoczeniu i robi ogromne wrażenie.
"A zresztą nie warto niczego szukać, wszystko jest kłamstwem. Każdy uśmiech kryje ziewnięcie nudy, każda radość - przekleństwo, każda przyjemność - niesmak, a najgorętsze pocałunki pozostawiają na wargach jedynie nieosiągalne pragnienie jeszcze wyższej rozkoszy."
   Najbardziej ujął mnie delikatny humor, odrobina groteski, którą pisarzowi udało się przemycić między wiersze. Dzięki temu obraz społeczeństwa uzyskuje dodatkowy wymiar i staje się pełniejszy, wyczuwalna staje się krytyka niektórych zachowań. Chociaż Flaubert nie ma tendencji do "mieszania się" i włączania swojej osoby, pozostaje raczej z boku.
   Nie chcę pisać o wydarzeniach opisanych w powieści, ponieważ większości z Was są ona znane. Dla mnie jest to opowieść o niespełnionych marzeniach i niespełnionej choć burzliwej miłości. Chylę czoła przed kunsztem pisarza i polecam całym sercem.

środa, 3 sierpnia 2011

"Oczyszczenie" Sofi Oksanen

   Trudno pisać o książce, której recenzji powstało już mnóstwo. Tym bardziej, że to te recenzje zachęciły mnie do sięgnięcia po nią. Jestem świeżo po lekturze i muszę przyznać, że robi ona wrażenie na czytelniku. Budzi obawy, burzy wyobrażenie o ładnym, poukładanym świecie.
   Ale od początku. Niespodziewana spotkanie dwóch na pozór zupełnie obcych sobie kobiet staje się przyczyną snucia wspomnień. Kolejne fragmenty odsłaniają zawiłe losy obu kobiet i ich rodzin. Okazuje się, że więcej je łączy niż dzieli, a różnica wieku między nimi wcale nie powoduje, że przeżywają inne problemy. Miłość, przyjaźń, zazdrość, wstyd... wybuchowa mieszanka uczuć.
   Nie jest to książka łatwa, co nie znaczy, że należy ją omijać. Przeciwnie, skłania do refleksji i pokazuje, że nie wszystko jest takie, jakie byśmy chcieli żeby było. To jedna z niewielu książek zza naszej wschodniej granicy, którą przeczytałam - wyraźnie wiele tracę koncentrując się na Zachodzie. Cieszę się, że po nią sięgnęłam, chociaż trudno jest mi ją ocenić. W przypadku książek jak ta cieszę się, że nie wprowadziłam na swoim blogu skali ocen. "Oczyszczenie" jakoś nie mieści się w żadnej mi znanej.
   Ciekawi mnie, dlaczego w wielu recenzjach pojawia się porównanie jej do "Pokuty". Chyba będę musiała to zbadać czytając po książkę McEwana.

wtorek, 19 lipca 2011

"Jesienna miłość" i "Od pierwszego wejrzenia" N. Sparks

   Weekend tuż po obronie spędziłam czytając lekkie, mało wymagające książki Sparksa. Minął już tydzień i czytam teraz inne rzeczy, ale o tych dwóch nie zdążyłam dotąd napisać :)
   "Szkoła uczuć" to mój ulubiony film z czasów liceum. Kiedyś oglądałam go zawsze, kiedy miałam zły humor. Dziś też czasami do niego wracam, kiedy mam ochotę powzruszać się przed telewizorem. Książkę, na podstawie której powstał scenariusz prze czytałam dopiero teraz.
   Historię poznajemy z perspektywy głównego bohatera, Landona, który zakochuje się w niepozornej i spokojnej córce pastora, Jamie. Losy bohaterów znałam już z filmu, dlatego czytając powieść głównie porównywałam adaptację z książkowym pierwowzorem. Wiele rzeczy pozostaje tu wyjaśnione w sensowniejszy sposób, niż ma to miejsce w kinowej wersji. Natomiast retrospektywny sposób opowiadania przypomina inną znaną powieść Sparksa - "Pamiętnik".
    Poszukując kolejnej dawki wzruszeń w wydaniu etatowego wyciskacza łez sięgnęłam po "Od pierwszego wejrzenia". Wybór był zupełnie przypadkowy i dopiero w domu dowiedziałam się, że jest to kontynuacja innej powieści tego autora, nie miało to jednak wpływu na odbiór książki, ponieważ, wydarzenia, które miały miejsce wcześniej zostały streszczone. tak żeby czytelnik mógł się zorientować w losach bohaterów i lepiej ich poznać.
   Bohaterowie tej powieści to ludzie nieco starsi, niż w przypadku Landona i Jamie, oboje mają za sobą pewne doświadczenia, które okazują się mieć wpływ na życie, które chcą razem spędzić. Czy uda im się wspólnie zorganizować ślub i urządzić nowy dom przed przyjściem na świat córeczki? Autor i w tej powieści zaskakuje czytelnika niesamowitymi zwrotami wydarzeń, tak, że nic nie jest takie, jakie wydawało się być na początku.
   Ogólnie uważam, że Sparks jest dobrym pisarzem z bardzo bogatą wyobraźnią. Stawia na drodze bohaterów takie przeszkody, jakich sami nie bylibyśmy w stanie nigdy przewidzieć. W większych ilościach mogłaby się to okazać irytujące. Dlatego teraz zrobię sobie od niego przerwę i zajmę się innymi lekturami.

sobota, 16 lipca 2011

"Trzy wiedźmy" Terry Pratchett

   Nie raz już widziałam recenzje powieści tego autora na blogach, nawet Cejrowski poleca je w jednej ze swoich podróżniczych książek. Dlatego musiałam sama spróbować, "z czym to się je". I spróbowałam, miałam przy tym sporo zabawy. Najlepsza strona Świata Dysku to dla  mnie język jakim jest opisany, niesamowite, czasami wybujałe metafory, niespodziewane połączenia, no i specyficzny humor - nie dziwię się, że autor ma wielu wielbicieli.
   Niestety nie jest to tylko jedna strona medalu - druga jest mniej pozytywna. Muszę przyznać, że trudno było mi odnaleźć się w nowym otoczeniu (może dlatego, że zaczęłam czytanie cyklu od środka), wydał mi się skomplikowany i nie do końca zrozumiały. Nie wszystkie żarty mnie bawiły, pewnie wielu nawet nie dostrzegłam. Nie podobało mi się tempo rozwoju wydarzeń: przez większą część powieści było bardzo powolne, żeby pod koniec osiągnąć raptownie taką prędkość, że nie trudno było mi nadążyć za wydarzeniami.
   Z tych wszystkich powodów nie zostałam kolejną fanką Pratchetta, nie mówię też, że nigdy już nie sięgnę po jego książki - przeciwnie - jest to dla mnie ciągle niepoznany świat, z którym jeszcze mogę się zmierzyć. Jednak podczas tych wakacji będę szukać książek, które bardziej mi odpowiadają. A ponieważ wakacje zapowiadają się długie - pracę zaczynam dopiero we wrześniu - to już się na nie i nimi cieszę.

Bardzo chciałabym się podzielić jeszcze widokiem mojego nowego stosiku ze Znaku, który teraz mruga do mnie okiem z biurka, ale nie mam aparatu. Cóż, będzie to kolejna zaległość do nadrobienia :)

Zaległości

   Dawno nie pojawiało się tu nic nowego, co nie znaczy wcale, że nic nie czytałam. Dużo nowości w życiu i wakacje - to wszystko trochę mnie rozstroiło. Ale teraz wracam ze zdwojoną siłą, już jako pani magister :)
Przygotowując się do egzaminu robiłam oczywiście wszystko, żeby tylko się nie uczyć. Przy okazji udało mi się nadrobić pewne zaległości z dzieciństwa i liceum, czytając "Tajemniczy ogród" i "Makbeta".
   Nie wiem, jak to się stało, ale nigdy dotąd nie czytałam "Tajemniczego ogrodu". Lepiej późno niż wcale - to powiedzenie sprawdziło się w moim przypadku i cieszę się, że odkopałam tę książkę w zakamarkach szafy. Teraz już trudno spotkać powieść dla dzieci, która promowałaby takie wartości jak przyjaźń, miłość, współczucie. Z całym szacunkiem dla Harry'ego Potter'a muszę przyznać, że nie umywa się on do "Tajemniczego...". Książka nie prezentuje może wysokiego poziomu literackiego, ja oceniałam ją jednak od strony treści - a tej nie mam nic do zarzucenia. Przeczytanie jej wniosło odrobinę światła do mojego życia, czytając ją wspominałam czasy własnego dzieciństwa, kiedy budowałam z koleżanką "domki" w parku lub wspólnie zakładałyśmy ogródek przed blokiem :)
   Kolejna moja zaległość to "Makbet" - jedna z niewielu lektur, których nie przeczytałam, kiedy był na to czas. Powodem była oczywiście moja niechęć do dramatów, nawet tych najlepszych. Tym razem sięgnęłam po nią w ramach przygotowań do Pratchetta i jego "Trzech wiedźm', ponieważ wyczytałam gdzieś, że pojawią się tam odniesienia właśnie do słynnej tragedii.Tym nie żałuję, że nie przeczytałam tego wcześniej. Może nie powinnam tego pisać, ale nie oceniam tej książki specjalnie wysoko. To zwyczajnie nie moja bajka. Z drugiej strony jednak klasyków warto znać, dlatego nie uważam, żeby był to zupełnie stracony czas.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" S. Berman

   Tym razem moje czytelnicze podróże przeniosły mnie do Meksyku, gdzie miałam okazję poznać Karen. Jest to bardzo wyjątkowa kobieta, a jeszcze bardziej wyjątkowy jest sposób, w jaki patrzy na otaczający ją świat. Karen jest autystyczna, ta choroba nie stanowi dla niej jednak ograniczenia ale ją ubogaca. Dzieląc się z czytelnikami swoimi obserwacjami, pozwala im zajrzeć w głąb swojej duszy. Pokazuje, że na świat można patrzeć inaczej, prościej, bezkompromisowo. Obok takiej bohaterki trudno jest przejść obojętnie.
"...to duża różnica między mną a ciotką - ona uważa, że słowa to rzeczy, które istnieją. Ja natomiast wiem, że to tylko zlepki dźwięków, bo rzeczy, które istnieją, nie potrzebują słów, żeby istnieć."
   Losy bohaterki są wprawdzie mało prawdopodobne, ale nie miało to dużego wpływu na mój odbiór książki. Czytałam ją z ciągłym uśmiechem na twarzy, na co dziwnie reagowali otaczający mnie ludzie. Z Karen nie da się nudzić. W tym właśnie książka przypomina historię Forresta. To skojarzenie, z którym nie wszyscy się zgadzają, mi wydaje się bardzo trafne. Myślę, że Karen i Forrest mogliby być dobrymi przyjaciółmi.
   Jeśli macie ochotę polecam nurkowanie z Karen w meksykańskich morzach wśród ławic tuńczyków i obserwowanie z tej perspektywy świata. Może się to okazać naprawdę ciekawym doświadczeniem. Dla mnie było.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak:

poniedziałek, 20 czerwca 2011

"Dziewczyna o szklanych stopach" Ali Shaw

   Dla ochłody przeniosłam się do na ogarnięty mroźną zimą archipelag wysp położony gdzieś daleko na północy. Poznajemy tu dwoje młodych ludzi, Idę i Midasa. Powoli rodząca się między nimi zażyłość jest ograniczona z jednej strony przez przeszłość - skomplikowane więzy łączące ich rodziny, brzemienne w skutki dzieciństwo obojga, niespełnione marzenia i miłości rodziców, z drugiej strony - nieustannie postępujący proces zamienianie się w szkło, któremu ulega dziewczyna. Rezygnacja, bezsilność i ogólna niemoc ogarniały mnie z każdą kolejną stroną, ponieważ jest to historia, która naprawdę potrafi wzruszyć.
   Bezskuteczna walka o życie i wspaniałe poświęcenie Idy, która w pewnym sensie oddaje siebie, swoje życie i swoją energię Midasowi, pomagając mu wyzwolić się z więzów, w które sam siebie wpędził - to przykład najgłębszej miłości, jaką znam.
   Sięgając po książkę, nie warto jednak sugerować się okładką. Shaw i Murakami to dwa zupełnie inne światy, inne bajki. Shaw wymyślił piękną fabułę, gorzej z jej realizacją. Brakowało mi tego "czegoś" - głębi, czytając miałam wrażenie, że autor 'prześlizguje' się po temacie, a po zamknięciu książki czułam pewien niedosyt. Szkoda.

czwartek, 16 czerwca 2011

"Pożeracz snów" Bettina Belitz

   Korzystając z wolnego czasu sięgnęłam po nowość Wydawnictwa Znak Emotikon. Zupełnie nowa dla mnie twarz niemieckiej literatury, jakże inna od obowiązkowych lektur filologa – lekka książka na upalne dni, która pozwala cofnąć się do czasu, kiedy, jak główna bohaterka - Elisabeth, miało się kilkanaście lat.
   Elli, jak lubi zdrabniać swoje imię, po raz kolejny w swoim życiu znalazła się w trudnej sytuacji. Rodzice nie licząc się z jej zdaniem przenieśli się, razem z nią, na wieś. Nowy dom, nowa szkoła, nowi znajomi – z tym wszystkim musi sobie poradzić sama. Podczas gdy rodzice z entuzjazmem wykańczają nowy dom, Elli nie może pogodzić się z tą zmianą. Nic dziwnego, że mieszkający w pobliżu Colin, który rycersko ratuje ją z kolejnych opłakanych sytuacji, zaczyna ją interesować. Aura tajemnicy, która go otacza, coraz bardziej ją fascynuje i pozwala oderwać się od niewesołej rzeczywistości. Jednak Colin nie jest zwyczajnym nastolatkiem i im bardziej odpycha od siebie Elli, tym bardziej ona do niego lgnie i szuka jego towarzystwa. Co się za tym kryje? Jakie będzie to lato dla Elli? Kim jest jej ukochany? Czy pisane jest im wspólne szczęście?
   Schemat wydaje się znajomy? – Tak, ale nie do końca. Książka potrafi zaskoczyć i to nie raz. I właśnie to mi się w niej spodobało. Kiedy wydaje nam się, że wiemy, co stanie się dalej, sytuacja zmienia się o 180 stopni i nic nie jest już pewne. Dlatego czasami trudno się od niej oderwać. Duży plus, że nie ma tu zbyt wielu ckliwych scen, stosuje znaną konwencję – to fakt – ale umiejętnie wykorzystuje ją przy tym do swoich potrzeb. Język i styl nie są specjalnie wyszukane, ale tu nie o to chodziło. Autorka rysuje naprawdę piękne obrazy i potrafi pokazać emocje bohaterki tak, że chociaż trudno było mi się z nią identyfikować, to dało się ją zrozumieć. Do tego groźnie brzmiący tytuł i romantyczna okładka – czego chcieć więcej?
   Jeśli lubicie tego powieści, gdzie granica między rzeczywistością a światem sennych marzeń zdaje się nie grać roli, sięgnijcie po nią, żeby zatopić się w tym świecie i spędzić nadchodzące lato z Elli i jej „pożeraczem snów”.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon.